Forum FC Porto
Meireles w FC Liverpool Historia
Lizbona się bawi, Braga modli, Coimbra się uczy, a Porto pracuje - mówi popularne w Portugalii przysłowie. I właśnie ludzie pracy w 1893 roku wpadli na pomysł założenia swojego klubu. Porto leży nad ujściem do oceanu rzeki Duero i na przełomie wieków przeżywało bardzo silny rozkwit dzięki handlowi morskiemu. Antonio Nicolau Almeida, założyciel Futbol Clube do Porto, był jednym z najprężniej działających eksporterów słynnego na cały świat miejscowego wina z domieszką brandy. Almeida w futbolu zakochał się oczywiście podczas jednej ze swoich służbowych podróży do Anglii i właśnie imigranci z tego kraju stanowili trzon pierwszej drużyny. Przez wiele lat Porto nie brało jednak udziału w żadnych rozgrywkach, a oficjalnie zarejestrowało się jako towarzystwo sportowe dopiero w 1906 roku pod prezydenturą Jose Monteiry da Costa. To on zbudował też pierwszą siedzibę rok później i wymyślił klubowe logo w 1910 roku.

Być może tym, kogo Porto potrzebowało do sukcesów, był Józef Młynarczyk. Kupiony przez Pinto da Costę z francuskiej Bastii w 1986 roku pograł pół roku, wywalczył mistrzostwo, po czym doznał kontuzji i między słupki wrócił Ze Beto. Jednak kiedy minęły kłopoty zdrowotne, Polak znowu okazał się bardzo mocnym punktem drużyny. Do podstawowej jedenastki w europejskich pucharach wrócił w drugim ćwierćfinale Pucharu Mistrzów z Broendby i bronił już do samego końca. W półfinale Porto uporało się z Dynamem Kijów, by w finale trafić już na zdecydowanego faworyta Bayern Monachium. „ Kiedy przylecieliśmy do Wiednia, gdzie miało być rozegrane to spotkanie, nikt się nami nie interesował ” - opowiada Młynarczyk. „Bukmacherzy płacili za nasze zwycięstwo 19:1. Oczywiście my też zdawaliśmy sobie sprawę, że rywale są dużo silniejsi od nas. I pierwsza polowa zakończyła się zgodnie z oczekiwaniami ekspertów. Bayern, z takimi tuzami jak Lothar Matthaeus, Andreas Brefime czy Dieter Hoeness prowadził jedną bramką. Do dzisiaj widzę to doskonale. Moje nieporozumienie z Magalhaesem, Ludwig Koegl momentalnie uderza głową i przegrywamy” - relacjonuje polski bramkarz. A jednak po drugiej połowie to Młynarczyk podniósł w górę najcenniejsze trofeum w europejskiej piłce. Najpierw Jean-Marie Pfaffa niezapomnianym strzałem piętą pokonał Algierczyk Rabah Madjer, a później zwycięską bramkę zdobył Brazylijczyk Juary. Puchar Mistrzów wrócił do Portugalii po dwudziestu pięciu latach, ale już nie do Lizbony, tylko trzysta kilometrów na północ. Według wielu ekspertów w zwycięstwie pomogła Porto absencja najlepszego strzelca zespołu, Fernando Gomesa, który borykał się wówczas z kontuzją. Bez niego w składzie trener Artur Jorge, a także i sami zawodnicy musieli szukać bardziej niekonwencjonalnych rozwiązań, czym zupełnie zaskoczyli Bayern. Dużą rolę w sukcesie odegrał także Młynarczyk, który zwłaszcza w drugiej połowie fantastycznie interweniował na przedpolu. „Euforia po wywalczeniu pucharu była niesamowita” - opowiada polski bramkarz. „Wylądowaliśmy w Porto w środku nocy i zanim doszliśmy do autokaru, kibice zdarli z nas niemal całe ubranie. Później jednak nie pojechaliśmy spać, tylko prosto na stadion, gdzie o szóstej urządzono oficjalną prezentację trofeum. Zabawa trwała przez kuka następnych dni”. Trener Jorge, dla którego Puchar Mistrzów z 1987 roku jest największym sukcesem w życiu, po zakończeniu sezonu odszedł do Racingu Paryż. Z klubem pożegnał się także drugi w plebiscycie „France Football" - Paolo Futre, który odszedł do Atletico Madryt. Młynarczyk z radością został w Porto na kolejne sezony i świetnie spisał się także w Superpucharze Europy, którego dwumecz rozgrywany był na przełomie roku. Rywalem był triumfator Pucharu Zdobywców Pucharów - Ajax Amsterdam. Już w pierwszym meczu rozgrywanym na boisku rywala Porto zagrało tak, że z pracą musiał pożegnać się trener Holendrów - Johan Cruyff. Jedynego gola, ale jakże ważnego, strzelił Rui Barros - nowa gwiazda, piłkarz, który przyszedł z malutkiego Varzim i niemal z marszu zajął miejsce wielkiego Futre. W rewanżu natomiast w drużynie rywali bardzo dobre wrażenie sprawiał Dennis Bergkamp, jednak Ajaksowi nie starczyło umiejętności, by odrobić straty. Porto drugi raz wygrało 1:0, tym razem po golu Antonio Sousy i Młynarczyk stał się drugim polskim piłkarzem po Bońku, który zdobył Superpuchar Europy. Porto, mimo trzech szans, zdobyło to trofeum tylko raz w historii. Dwa kolejne podejścia - po sukcesach za czasów Mourinho, zakończyły się niepowodzeniami. W 2003 roku po wywalczeniu Pucharu UEFA, Smoki zmierzyły się w Monaco z triumfatorem Ligi Mistrzów - Milanem i przegrały 0:1. Rok później, już jako zdobywcy najcenniejszego trofeum, nie potrafiły pokonać Valencii, której uległy 1:2. Rok 1987 był jednak dla Porto niezwykły również z tego powodu, że w grudniu po rozgrywanym w fatalnych warunkach pogodowych meczu z Penarolem Montevideo piłkarze biało-niebieskich przywieźli ze sobą z Japonii Puchar Interkontynentalny. „Pojechaliśmy do Tokio dużo wcześniej, żeby nie było kłopotów z aklimatyzacją - wspomina Młynarczyk. „Nie byliśmy jednak w stanie przewidzieć, że Japonię w tym czasie nawiedzą niesamowite burze śnieżne. Obecnie obowiązujące przepisy spowodowałyby zapewne, że mecz w ogóle by się nie odbył. Całe boisko pokryte było śniegiem, w wielu miejscach specjalna, żółta piłka stawała w kałużach i błocie. Takie warunki nie pasowały żadnej z drużyn, bo obie preferowały raczej techniczny futbol, z dużą liczbą podań wymienianych po ziemi. Po 90 minutach gry było 1:1 i dopiero fantastyczny gol strzelony w dogrywce przez niezawodnego Madjera dał Porto upragnione trofeum.” „Porto to specyficzny klub” - kontynuuje Młynarczyk. „Zazwyczaj jest to fantastyczny zespół, ale bez gwiazd. Dopiero w naszej drużynie piłkarze wyrabiali sobie nazwisko. Wszystko kręci się zawsze wokół jednego, dwóch zawodników, jak kiedyś wokół Futre, a w XXI wieku wokół Deco. Aby Smoki odnosiły sukcesy na arenie międzynarodowej, moim zdaniem potrzebny jest także odpowiedni typ trenera. Kiedy drużyną opiekował się Artur Jorge mieliśmy tylko trenować i wygrywać, a nie dyskutować. Podobnym autorytetem cieszył się później Mourinho, Lata dziewięćdziesiąte to na krajowym podwórku bardzo udany okres dla Porto. Siedem tytułów mistrza Portugalii, w tym pięć zdobytych rok po roku, na trwałe zapisało się w historii. Pentacampeonato przypieczętowane w sezonie 1998/99 to jedyny taki przypadek w historii całej ligi. Wcześniej nie udało się tego dokonać ani Benfice Lizbona, ani Sportingowi, który w latach 1947-55 co prawda siedmiokrotnie zdobywał mistrzostwo, jednak na rekord nie pozwolił mu rywal zza miedzy, który okazał się najlepszy w środku tej serii. Jednym z ojców sukcesu Porto był trzykrotny król strzelców ligi portugalskiej - Mario Jardel. Brazylijczyk w 34 meczach ostatniego mistrzowskiego sezonu zdobył 36 bramek. Rok później jeszcze więcej, bo 38, jednak wówczas w lidze triumfował już Sporting.

ERA MURINIO:
W kilka tygodni dokona! prawdziwej rewolucji kadrowej, o której już po pierwszych ligowych kolejkach nikt nie pamiętał. Gdy 21 maja 2003 roku prowadzone przez krnąbrnego trenera Porto dotarło do finału Pucharu UEFA, gdzie miało zmierzyć się z Celtikiem Glasgow, wspominano poprzednie boje tych drużyn - dwa lata wcześniej w Lidze Mistrzów. Okazało się jednak, że tamta drużyna ma z obecną niewiele wspólnego. „ Od ostatniej potyczki z Celtikiem mamy w klubie 14 nowych graczy ” - wyliczył Mourinho. - Być może tylko Deco i Jorge Costa mają szansę, aby wyjść w podstawowej jedenastce w finałowym meczu. To jest zupełnie nowy zespół, większość piłkarzy nie ma wielkiego doświadczenia na arenie międzynarodowej. To jest mój zespół. Po wyeliminowaniu Polonii Warszawa w pierwszej rundzie, w kolejnych Porto udowadniało swoją wyższość nad Austrią Wiedeń, Lens, Denizlisporem, Panathinaikosem i Lazio Rzym, jednocześnie wspaniale spisując się w lidze. Przystępując do meczu z Celtikiem podopieczni Mourinho mieli już zapewnione mistrzostwo Portugalii. Na trzydzieści kolejek, wygrali 25 spotkań i tylko cztery razy zremisowali. Niektórzy piłkarze, jak na przykład Deco, nadzwyczaj szybko rozwinęli się pod okiem nowego trenera. O ile jednak triumf w ligowych rozgrywkach nikogo specjalnie nie dziwił, o tyle świetna postawa w Europie stanowiła spore zaskoczenie. Costinha, Ricardo Carvalho, Nuno Valente, Paulo Ferreira, Maniche czy wspomniany Deco - rok później wicemistrzowie Europy, wówczas mało komu byli jeszcze znani, ale w finale rozgrywanym w Sewilli poprowadzili Smoki do zwycięstwa i tym samym Porto stało się pierwszym portugalskim klubem, który sięgnął po to trofeum, a jednocześnie pierwszym od 1990 roku, który dotarł do decydującej rozgrywki o któryś z europejskich pucharów. Dwa gole, w tym decydującego o zwycięstwie w dogrywce zdobył Derlei, jeden z ulubionych piłkarzy Mourinho. Trener ten zgodził się przejść do Porto tylko pod warunkiem, że razem z nim ściągnięty zostanie Brazylijczyk. Prezydent klubu spełnił tę prośbę, a po roku przekonał się, że sprowadzony napastnik tak naprawdę wart już dużo więcej, niż kosztował. - Przecież my za niego daliśmy czapkę śliwek - mówił Mourinho.


FC Porto - Sporting Braga


Stadion: Estádio do Dragão
| poz | zespół | M | bramki | pkt | |
|---|---|---|---|---|---|
| 1 | FC Porto | 3 | 6-0 | 9 | |
| 2 | Sporting Braga | 3 | 4-1 | 7 | |
| 3 | Sporting Lizbona | 3 | 4-2 | 6 | |
| 4 | Nacional | 3 | 4-4 | 6 | |
| 5 | Vitoria Guimaraes | 3 | 3-1 | 5 | |
| poz | Strzelec | Klub | br |
|---|---|---|---|
| 1 | Hulk | FC Porto | 3 |
| Toscano | Vitoria Guimaraes | 3 | |
| 3 | Falcao | FC Porto | 2 |
| Matías Fernández | Sporting | 2 |






























